Dwór i folwark
(na podstawie wspomnień Jerzego Pruchnickiego)


Wakacje na Siekierkach
"Bartycką to się szło i szło, a potem przechodziło się w Nadrzeczną, tam był znak w bok na wieś Siekierki, a folwark i dwór był dalej" – wspomina pan Jerzy Pruchnicki, który wraz z babcią, mamą i młodszym bratem w latach 1942-1944 spędzali na Siekierkach całe wakacje. Dom rodzinny mieli na Pradze, a ´na wieś´ trafili dzięki babce, która była kucharką u pana Wolskiego w jego willi na Saskiej Kępie (stoi do dziś na rogu ulic Obrońców i Poselskiej). Kiedy pan Wolski nabył majątek przy ul. Nadrzecznej prawdopodobnie ok. 1942, babka na lato była oddelegowywana na Siekierki, a z nią przyjeżdżała tu cała rodzina.

"Centralnym punktem majątku był charakterystyczny dla regionu podmiejskiego drewniany jednopiętrowy dworek ze spadzistym dachem krytym gontem z antresolą nad wejściem głównym, przypominający trochę styl góralski – pisze w swoich wspomnieniach pan Pruchnicki. Na dole znajdował się salon właścicieli i pokój administratora, pokój gościnny i zarządzającej, jadalnia, kuchnia i toalety właścicieli. Pozostali mieszkańcy domu korzystali z dwóch wygódek położonych na zewnątrz w pewnym oddaleniu od budynku. Na antresoli mieścił się drugi niewielki pokój gościnny." Na drugim krańcu stały stajnie, magazyny i warsztaty połączone w jeden budynek z czerwonej cegły. Po prawej stronie od dworu była piekarnia, a nieco dalej mieszkał jeden z fornali pan Maciak. Miał dwunastoletnia córkę Jadwigę, która wymyślała liczne zabawy dla całej dworskiej dzieciarni.

W sumie fornali było trzech, zajmowali się sześcioma końmi. Córka drugiego z nich miała na imię Zosia. "Bawiliśmy się na wadze ciężarowej – wspomina pan Pruchnicki – ja trzymałem jedną szalę, a ona skoczyła na wagę, która rozszarpała mi palec. Do tej pory mam jeszcze blizny." Od bramy do dworu prowadził podjazd, przed nim stały dwa wielkie klony, a od frontu z drobnymi, białymi kwiatami kwitły bzy, a z tyłu był ogród owocowo-warzywny. Bardzo blisko było do Wisły, tak gdzie był wyższy brzeg stały barki paskarzy. "Jako dzieci chodziliśmy drogą na skos przez wał i potem skosem schodziliśmy na dół. Tu były pastwiska, za pastwiskami była plaża, a dalej czysta Wisła i można było się kąpać" – wspomina pan Jerzy.


Ojciec i chrzestny
Właściciel dworu pan Wolski przyjeżdżał na Siekierki rzadko i zawsze sam, bez rodziny. A miał dwie córki Bronisławę i Zofię oraz syna. "Żona pana Wolskiego to była potężna kobieta – zauważa pan Pruchnicki – chorowała na cukrzyce. A pan Wolski byl wysokim mężczyzną, trzymającym się prosto, miał lekko przerzedzone włosy i co ciekawe – dodaje – miał pewien delikatny tik nerwowy, co jakis czas ramiona lekko mu podskakiwały na ok. 5-10 mm." Podczas dożynek chłopi składali mu dożynkowe wieńce. "Gdy w 1943 roku wygłaszał przemówienie na dożynkach, stał na ganku i łzy mu ciekły, bo dwa miesiące wcześniej Niemcy zastrzelili mu syna za udział w ruchu oporu."– wspomina pan Pruchnicki.

Ojciec pana Jerzego też bardzo rzadko pojawiał się na Siekierkach. Pracował w warszawskiej Hipotece i pilnował rodzinnego mieszkania na Pradze. Na wiosnę w 1944 roku na dziewiąte urodziny pan Jerzy dostał od swojego chrzestnego zegarek kieszonkowy z łańcuszkiem, tzw. "cebulę". "Z zegarka byłem bardzo dumny, gdyż w moim przekonaniu był on symbolem zbliżającej się zmiany mojego statusu dziecka, w młodzieńca." – tłumaczy w swoich wspomnieniach. Opiekę nad młodym Jerzym sprawował piętnastoletni stryj.

"Pamiętam jak kiedyś uciekłem z dworu, bo kilka lat ode mnie starszy stryj po prostu mnie bił. Jazda tramwajami mnie fascynowała, wiec pojechałem na Pragę, a potem na Bielany. Zadzwoniłem do rodziców późnym wieczorem ok. 9.00, że wszystko w  porządku. Podczas tej ´wyprawy´ gdy byłem na ulicy Miodowej usłyszałem za sobą rwetes, ludzie w jednej chwili się rozbiegli krzycząc "łapanka" "łapanka". A ja stoję na tej Miodowej sam jak kołek, Niemcy przejechali, ale mnie nie zgarnęli. Wtedy się udało."


Podpalili i poszli dalej
23 sierpnia od strony ul. Czerniakowskiej duży oddział niemiecki wspomagany przez Ukraińców wkroczył na Siekierki. Wszystkim mężczyznom pod groźbą rozstrzelania kazano zgromadzić się na boisku siekierkowskiej szkoły. Znaleźli się tam ojciec pana Jerzego, stryj Bronisław Jagiełło i 15 letni kuzyn Tadzio oraz mężczyźni z całych Siekierek. Dzięki interwencji babci młodego kuzyna udało się uratować. Kolumnę mężczyzn otaczał tłum zrozpaczonych żon, matek i krewnych. W pewnym momencie mama pana Jerzego przekazała jego kieszonkowy zegarek ojcu i próbowała rozpocząć negocjacje z pilnującym go Ukraińcem. Ten ją odepchnął, a chwilę potem kolumna ruszyła w stronę wału na Wiśle.

Następnego dnia Niemcy zaczęli palić Siekierki. Około 16.00 podpalili dwór i poszli dalej. "Na kucyka załadowaliśmy bryczkę (kształtem przypominała dorożkę) i wieczorem postanowiliśmy uciec z dworu, poszliśmy w kierunku Wilanówki" – wspomina pan Jerzy. Pierwszą noc spędzili w stogu siana. Razem było ich osiem osób: kuzyn Tadzio, pan Jerzy, jego mama, babcia i osoby spoza rodziny. Komary tak strasznie cieły, że wszystkie kobiety, nawet te które wcześniej tego nie robiły, paliły papierosy. Noc była zimna. Następnego dnia wałem doszli do Wilanowa. Droga z Wilanowa na Konstancin była nieprzejezdna, okolica była patrolowana. Przeszli bokiem polami, schyleni przy ziemi, uważając aby się nie wyprostować. "Nie pamiętam jak udało się konia przetransportować, prawdopodobnie koń z  bryczka poszedł dalej 3-5 km bokiem" – tłumaczy pan Jerzy.

Tydzień wędrowali do rodziny babki w Rykach (niedaleko Dęblina). Tam przetrwali do wyzwolenia. "Wracaliśmy w styczniu 1945 r. pieszo ponad 100 km do Warszawy. Żadnej komunikacji nie bylo, dróg, przerażające wrażenie to robiło. Matka miala 500 nowych złotych. To miało być dużo pieniędzy, ale nikt nie chciał ich brać, bo ludzie nie wierzyli że sa nowe, nie bylo radia ani telewizji, ale ludzie pomagali nam wtedy z dobroci serca." Do Warszawy doszli nocą. Przespali się w jakiejś piwnicy przy ul. Kazimierzowskiej, mieszkanie na Pradze na szczęście bylo niezrabowane i nie zniszczone. Mama pana Jerzego intensywnie poszukiwała męża przez kolejne 4 lata. Bezskutecznie. Prawdopodobnie został rozstrzelany w Al. Szucha wraz z pozostałymi siekierkowskimi mężczyznami.


Chamski i Isenberg
"Nazwisko Chamski też kojarzę – wspomina pan Pruchnicki. Ale moim zdaniem musiał on być związany z majątkiem przed panem Wolskim. Może był dzierżawcą albo administratorem, na pewno nie był właścicielem. Na ile mogę się domyślać jak pan Wolski wszedł w posiadanie tego majątku to nabył go od pana Isenberga (to nazwisko też się pojawiało), który był z pochodzenia Żydem. W 1942, 43 roku takie osoby w obawie, że czeka je zagłada pozbywały się majątków, aby mieć kapitał. Załatwiali to legalnie w biurze notarialnym – kiedyś nazwało się to Hipoteka, a pan Wolski przecież tam pracował, więc musiał takie sytuacje znać i prawdopodobnie z jednej z nich skorzystał i ten majątek wykupił, to jest mój pomysł na tę historię. Pana Wolskiego ostatni raz widziałem na Saskiej Kepie, w pierwszej połowie lat 60-tych, nadal mieszkał w swojej willi, już wtedy był bardzo chory."


galeria fotografii >>>



Stary Dom gołębniki koszykarze łyżwiarze piaskarze wesela zbiory łąka Dorożkarze
Dorożkarnia

DK Dorożkarnia, ul. Siekierkowska 28, 00-709 Warszawa telefon 022 841 91 22 koperta biuro@dorozkarnia.pl globus www.dorozkarnia.pl
©Dorożkarnia 2008. All Rights Reserved