Pisańcowie

MARIANNA i LUDWIK PISAŃCOWIE

Na podstawie opowieści Jana Pisańca i jego syna Jerzego Pisańca

Sześcioro rodzeństwa

Ludwik Pisaniec miał na Siekierkach sklep. I wszystko z tego sklepu było. Utrzymywał całą rodzinę, siedmioro dzieci. Najstarszy syn Czesław urodził się w 1912 roku, Kazimierz w 1913, Aleksander w 1915, Jan w 1918, potem Janina, Ludwika, najmłodszy syn Ryszard − w 1928 i kolejna siostra − Krystyna. Jan Pisaniec był pośrodku. − Miał wyjątkowe zdolności manualne – mówi jego syn, Jerzy Pisaniec. – Kupił migawkę i samodzielnie zbudował aparat fotograficzny. Jan skończył dwuletnią szkołę lutniczą i skonstruował dla siebie samego skrzypce. Potem poszedł do szkoły rusznikarskiej i specjalizował się w wyrobie, naprawie i konserwacji ręcznej broni palnej. W 1938 roku trafił wojska, stacjonowali w rejonie miasteczka Iwieniec (aktualnie Białoruś), w pobliżu koszar była miejscowość Naliboki. Wrócił do Warszawy 5 grudnia 1939 roku, już po śmierci mamy Marianny. Jechał przez Leżajsk, Przeworsk, Wieliczkę i Kraków. − Na Pilicy most był zerwany – opowiada pan Jan Pisaniec. – Do Warki trzeba było dojść na piechotę i stamtąd wziąć kolejny pociąg do Warszawy, do Dworca Zachodniego. Szliśmy ulicą Wiejską w stronę Górnośląskiej i rozpoznałem Wandę Łasak, a potem kolejnych mieszkańców Siekierek. Na Gościńcu powitała mnie siostra Basia i bratowa, żona Czesia, Hania. Nie było elektryczności, słupy pozrywane. Ludwik Pisaniec siedział w domu, wokół paliły się świece.

Ausweis potrzebny

Dla Jana rozpoczęło się życie pod okupacją na Siekierkach. Nie mógł znaleźć zajęcia, więc pomagał w domu, obierał ziemniaki, rąbał drewno. − Zima była wtedy taka dziwna, równa – opowiada pan Jan. – Prawie codziennie, przy temperaturze minus 21 lub 22 stopnie, padał śnieg. Tata, Ludwik Pisaniec, podczas okupacji także próbował prowadzić handel. Znalazł dobrego dostawcę taniego tytoniu i papierosów. Jan chodził i sprzedawał je do drobnych sklepików prowadzonych w różnych miejscach Warszawy przez inwalidów wojennych. Przechodził tak całą zimę. Na wiosnę zatrudnił się przy robotach publicznych, aby mieć ausweis, czyli zaświadczenie z miejsca pracy, które dawało szansę zwolnienia z robót przymusowych, wywózki lub łapanki. − Wielu wykształconych ludzi tak pracowało, aby mieć papier: inżynierowie, doktorzy – tłumaczy Jan. Pracowali nad Wisłą. Dla piaskarzy i żwirowników była praca, bowiem budowano na Siekierkach umocnienia, wał ochronny. Długimi, wąskimi, drewnianymi łodziami o płaskim dnie tzw. batami przywożono gruz i wyrzucano na umocnienia dla żwirowników. Gdy przyszła zima 1940 roku, pracowali między mostem Poniatowskiego a średnicowym mostem kolejowym. Na wiosnę 1941 roku − na Solcu, przy jachtklubie. − Praca była coraz cięższa, więc postanowiłem poszukać czegoś w swoim fachu – wspomina pan Jan. Trafił do fabryki Bruhn-Werke, jednego z licznych zakładów pracy przymusowej na terenie Warszawy. Produkowano w nich oprzyrządowanie do desek rozdzielczych samolotów Luftwaffe. Najpierw pracował w siedzibie przy Belwederskiej, w hali mechanicznej, potem zabrali go na Stępińską, do produkcji precyzyjnej.

Powstanie warszawskie

Życie podczas okupacji to było unikanie kontaktów z Niemcami. Na Siekierkach, choć w szkole stacjonowali żołnierze niemieccy, a przy Czerniakowskiej i Bluszczańskiej artyleria przeciwlotnicza, było stosunkowo spokojnie. W mieście trzeba było uważać. Raz podeszło do Jana dwóch panów i zaprosiło do rozmowy. Wzięli go pod ręce i zaprowadzili w aleję Szucha. Trzymali go ze cztery godziny, przesłuchiwali, ale potem zwolnili. − Widocznie było to prewencyjne zatrzymanie – wyjaśnia Jerzy Pisaniec. – Tata pracował już wtedy w Bruhn-Werke, może to pomogło.
W fabryce pracował do powstania warszawskiego. Już kilka dni wcześniej jego dowódca Teofil Budzanowski rozkazał stawić się na zbiórkę. W lipcu Jan dostał ostatni ausweis za czerwiec. − Okupowaliśmy budynek na rogu Wilanowskiej (teraz nie ma tej ulicy, ale kiedyś na wprost Szarej była Wilanowska) i Czerniakowskiej. Dostali opaski, pełnili dyżury. Byli przygotowani na dwa, trzy dni walk. − Ale mnie się to powoli przestawało podobać – opowiada pan Jan. – Zapytałem kolegę, czy są jakieś porozumienia z Armią Czerwoną, która stoi za Wisłą. Nikt nic nie wiedział. Wszyscy mówili: to góra wie. Podobna zbiórka była na ulicy Szarej. Jednemu z chłopaków wystrzelił tam przez przypadek pistolet. Oddział pana Jana dostał sygnał do wycofania się. − Gdy powstanie wybuchło, byłem już na Siekierkach, pamiętam jak telefon tylko drgał, widocznie kolejne druty zrywało − wspomina.

Wagonami na zachód

23 sierpnia 1944 roku to była środa. Około godziny pierwszej rozległy się pierwsze krzyki. − Ja schowałem się w stajni, pod dachem, Cześka ukryła żona, a Olek skrył się w słonecznikach – opowiada pan Jan. – Jak wyszedłem, okazało się, że Olka, Ryśka i tatę zabrali. Zdecydowałem, że ja też idę. Wziąłem tylko jesionkę, która bardzo się przydała.
Na początku mówili im, że idą na okopy. Zapędzili ich na plac w aleję Szucha. Tam sprawdzili kenkarty i piechotą na plac Narutowicza. Spędzili noc w wielkim domu studenckim, a następnego dnia na Dworzec Zachodni i pociągami do Pruszkowa, gdzie przeprowadzono kolejną segregację. Tatę Ludwika Pisańca tam zostawili, bo był starszym człowiekiem. W grudniu znalazł się już z powrotem w domu. Pozostałych pytali, czy są specjalistami. – Brat Olek powiedział, żeby lepiej się nie przyznawać, bo którzy pracują na wsi czy w fabrykach? Nie posłuchałem go i się zgłosiłem – opowiada pan Jan. Wagony były numerowane, cyfry wypisano białą kredą. Specjalistów wsadzili do wagonów od numeru 40 do 60, reszta jechała we wcześniejszych. – I ruszyliśmy, była sobota. Oni jadą i ja jadę, ale nie wiedzieliśmy o sobie nawzajem – wspomina pan Jan. – Ciągnęli nas bocznymi torami. Jest niedziela, jedziemy dalej. Minęliśmy Litzmannstadt, czyli Łódź, Glogau, czyli Głogów, a potem Sagan, czyli Żagań, i wjechaliśmy do Niemiec. Żołnierze już nas tak nie pilnowali. Można było drzwi otworzyć, nogi wyciągnąć, wyjść z wagonu. Wtedy spostrzegłem mojego brata Olka. I mówię: „To wy też tu jesteście?! To chodźcie do mnie, bo w moim wagonie wszyscy z Targówka”, a on na to „To ty chodź do nas, bo w naszym wagonie wszyscy z Siekierek” – z uśmiechem wspomina Jan.
Jan Pisaniec razem z żoną, którą poznał na robotach w Niemczech, i bratem Ryszardem wrócili na Siekierki w 1947 roku. Młoda para przez pół roku, może rok mieszkała na Gościńcu u rodziców, a potem wynajmowała mieszkanie przy ulicy Kątnej 5. – Ten pokój, który wynajmowaliśmy był ogrzewany kozą z piecem, tak gorącym, że nie można było go dotknąć – wspomina ich syn Jerzy. Niedługo potem dostali mieszkanie w Warszawie i tam się przenieśli.